Droga do weganizmu i przebudzenie duchowe

Od sytuacji opisanej w tym wpisie, gdzie siedziałem na Kubie w knajpie z wieprzowiną na talerzu i z wielkim poczuciem winy, nie mogłem oderwać wzroku od małej, słodkiej świnki szwendającej się nieopodal, minęło jeszcze całkiem sporo czasu zanim doszło do kolejnego przebłysku.

Cały czas było to wypieranie, olewanie, uznawanie za nieistotne. Proces dochodzenia do weganizmu był u mnie wieloetapowy, nie był jednodniowy, nie był przy błyskiem świadomości, nie była to także wielka moc, która się przebudziła, ale działo się to stopniowo.

W okolicy moich 30-tych urodzin odezwałem się do swojego kolegi, z którym wie widziałem się od liceum. Swego czasu mocno razem imprezowaliśmy, dużo picia, dużo palenia, raczej imprezy styl. Zawsze traktowałem go jak starszego brata i jego poglądy były dla mnie istotne i na swój sposób kształtowały. Byliśmy wtedy zupełnie innymi ludźmi, imprezującymi, palącymi, niebezpiecznie przesuwającymi granice, słuchającymi hip-hopu kolesiami. Kolega miał również bardzo sprecyzowane poglądy na system, coś co w głównym nurcie mogłoby być uznane za spiskową teorię dziejów. Nie było tam również miejsca na Boga i religię. Myślę, że nazwałbym go w tamtym czasie osobą walczącą, niewierzącą.

Nie widzieliśmy się całej lata. Pierwszy mały sygnał dostałem na etapie przygotowań do wyjazdu, na pytanie o to co pijemy i co kupić odpowiedź była, że alkohol raczej nie, ewentualnie winko. Winko? Inaczej zapamiętałem nasze spotkania. Ale nic to, pojechałem. W. mieszka w małej miejscowości nieopodal mojego miasta. Do jego mieszkania trafiłem bez problemu mimo lat przerwy. I od razu strzał – w zasadzie w drugim zdaniu rozmowy padło, że on odnalazł sensu życia w Jezusie. Powiedzieć, że był to dla mnie szok, to nie powiedzieć nic. Ja niewierzący, walczący antyklerykał, przyjeżdżam do swojego równie niewierzącego walczącego kumpla antyklerykała, z założeniem, że sobie pomarudzimy i pogadamy o tym, jakie to ta religia narzędzie kontroli umysłów i mas, a tu nagle taki tekst. Pomyślałem sobie, że do środka nocy, kiedy się ta nasza impreza miała kończyć, mogę nie dotrwać i chciałbym żeby żona po mnie przyjechała wcześniej.

Ale jako, że znaliśmy się całe lata i zawsze dobrze dogadywali, wywaliłem z głowy swoje uprzedzenia (chociaż trochę) i zaczęliśmy gadać. Otworzyliśmy butelkę wina, zapalili, rozsiedli na balkonie i zaczęli rozmawiać. Im dłużej wsłuchiwałem się, tym większy narastał we mnie sprzeciw. Zdanie po zdaniu, godzina po godzinie, W. rujnował moją strefę komfortu i powoli uzmysławiał rzeczy, na które byłem przez całe lata zamknięty. Na głęboką, prawdziwą duchowość. Rozmawiając z nim broniłem się jak mogłem, negowałem, krytykowałem, próbowałem wyśmiewać, ale w głębi duszy zacząłem czuć, że to ja mogę się mylić. Że mój świat nie będzie już nigdy taki sam.

Oczywiście dalej wątpiłem, bo mój absolutnie skostniały, broniący się umysł, nie godził się na zmianę podejścia. Nie chciał słyszeć, że jesteśmy tu i teraz, że to co minęło nie jest ważne, a przyszłością nie mamy się co martwić. Rozmowa była długa i świetna, trwała do późnej w gorącą letnią noc. Wyszedłem z długą listą książek do przeczytania od Bhagawad gity, przez Ramaharakę, Tolle, Sissona, a na Biblii kończąc.

Jednak wychodząc, mój umysł i tak dalej wszystko negował, ale kiedy usiadłem w samochodzie z żoną, która po mnie przyjechała w środku nocy, już jej zacząłem przedstawiać to całkowicie inaczej. Że to jest niesamowite, że kurde może coś w tym jest, że może warto otworzyć oczy i spojrzeć na świat inaczej.

Coraz bardziej się i nakręcałem na to, że coś z tego może być, że to jest coś właściwego, że to jest super drogowskaz. Moja żona, była co najmniej zaskoczona moją nową koncepcją świata. A u mnie drgnęło i jak tylko wróciłem zacząłem czytać. Szczególnie podeszła mi książka Potęga teraźniejszości Tollego. A ja, jak się wkręcam, to na całego, więc zacząłem czytać co mi wpadło w ręce o duchowości, robić pierwsze próby medytacyjne. Ale to nie był jeszcze moment, kiedy przestałem jeść mięso, wcześniej natomiast wykluczyłem drób, choć nadal byłem zadeklarowanym mięsożercą. Bez różnicy czy to w KFC, McDonaldzie czy kebabie, nie mogłem sobie wyobrazić posiłku bez mięsa, a dodatek warzywa nawet ziemniaki były tylko niepotrzebnym elementu na talerzu.

Sam fakt niejedzenia drobiu wynikał z jego beznadziejnej jakości, tego co się w nim znajduje, ale była to perspektywa medyczna, zdrowotna, a nie empatyczna.

Tutaj, na tym blogu, będę pokazywał też ludzkie słabości, w większości moje, to, że jestem niedoskonały, ale też, że chcę nad tym pracować i coś z tym robić. Nie wartościuję wegan, nie dyskryminuję wegetarian, przeciwnie to też jest super droga, to jest świetne, że oni to robią. Ja się z tego bardzo, bardzo cieszę i im kibicuję. Każdy krok w kierunku jasnej strony mocy, choćby nie wiem jak mały – jest dobry.

A wracając do własnej drogi – w tak zwanym międzyczasie, moja najlepsza przyjaciółka zaczęła swoją przemianę. Od lat była wegetarianką, zmierzając prostą drogą do weganizmu, zaczęła uprawiać sport, ćwiczyć bieganie, postanowiła wyprowadzić się z dużego miasta, żeby zamieszkać, ze swoim ówczesnym narzeczonym, a obecnie mężem, bliżej gór. Otworzyli też wspólnie eko sklep.

A ja nadal byłem pochłonięty imprezami, urabianiem się po łokcie w stresującej, trudnej pracy, codziennym piciem piwa i graniem na Play Station. Nie chodziłem nawet w moje ukochane góry, bo wyparłem takie potrzeby. Moje życie wówczas było puste, nierealne, cały czas zamroczone alkoholem i smutne, tak naprawdę, na swój sposób. Ale wtedy sobie jeszcze z tego nie zdawałem sprawy, choć było mi źle, miałem jakieś depresyjne epizody, nie potrafiłem zmobilizować się wystarczająco mocno do pracy, cierpiała na tym firma, małżeństwo, nie miałem tyle kasy ile bym chciał, ale nie potrafiłem nic zmienić, nie widziałem za bardzo sensu ani potrzeby.

I nawet przepiękna droga, obrana przez moją najlepszą przyjaciółkę, nie była dla mnie sygnałem – Stary! Zrób coś z sobą! Była raczej odebrana jako sygnał, że o kurczę, ale ona się zmieniła. Raz przyszła na imprezę w starym gronie licealnym, bardzo alkoholową, wypiła jedno piwo w sumie kurtuazyjnie, bo rano miała bieg, a my się podśmiewaliśmy, niby po przyjacielsku, ale jednak. To nie było właściwe, z tego miejsca przepraszam Cię za to, wiem że to przeczytasz, a jak nie to i tak Ci o tym powiem.

Później minęło trochę czasu i w jednej z rozmów poleciła mi książkę Nowoczesne zasady odżywiania Campbella. Pochłonąłem tę książkę w mgnieniu oka i wtedy zapadła decyzja, że niejedzenie drobiu to chyba trochę za mało i czas na kolejny ruch. Musicie też wiedzieć, że ja niespecjalnie gotuję, nie przepadam za robieniem tego, nie bardzo umiem, natomiast moja żona wyśmienicie gotuje i całe szczęście. Sama, jedząc mięso pomogła, mi w moim weganizmie, gotując wegańsko dla nas obojga. Bez niej prawdopodobnie nabawiłbym się strasznych niedoborów, bo próbując jeść wegańsko, nie gotując samemu, skończyłoby się to tragicznie. Natomiast żona wykonała ogromną i świetną robotę i bardzo jej za to dziękuję. Dzięki temu, że bardzo długi okres gotowała wyśmienite, cudowne wegańskie dania kuchni całego świata, moja motywacja miała czas, z mocno medycznej, z biegiem czasu ewoluować w stronę etycznej. Zagłębiając w duchowość zaczęło się zmieniać moje postrzeganie świata, widzenie wielu kwestii i motywacja etyczna zaczęła dominować. Dzisiaj wiem, że z moim słomianym zapałem nigdy bym nie wytrwał z motywacją czysto zdrowotną. Musiało się to przetransformować w coś mocniejszego, w pełne zrozumienie całego przedmiotu, nie być wycinkowe, a spójne, żeby mnie trafiło.

Oczywiście, zawsze będę również bardzo kibicował weganom, którzy nie jedzą mięsa z powodów zdrowotnych, jednak dla mnie osobiście wytrwanie w postanowieniu było możliwe dzięki zmianie sposobu myślenia o zwierzętach i stało się to mniej egoistyczne. Przez początkowy okres swojego weganizmu zdarzało mi się jeść jajka natomiast jakiś czas temu i one również zostały całkowicie i definitywnie wykluczone z mojej diety. Nie zdarzają mi się również praktycznie wyjątki czy potknięcia.

I tak kubańska świnka zatoczyła koło, a jednym z wiodących dla mnie problemów, które stało się kołem zamachowym mojego projektu, stał się chów przemysłowy. Zwierzęta to piękne, czujące istoty i w całym projekcie dla świnek, tych niesamowicie inteligentnych zwierząt, będzie specjalne miejsce.

Dziękuję Wam Zwierzątka, dziękuję Wam Świnki, za to że jesteście. Jest mi cholernie przykro, że taki właśnie spotyka Was los i będę próbował to zmienić i naprawić, a może zahamować to całe szaleństwo. Dziękuję i proszę Was o przebaczenie.

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *